82-letni wodzisławianin rozpoczął renowację pomnika Powstańców Śląskich

Choć z wyróżnieniem kończył warszawską Akademię Sztuk Pięknych, nie czuje się artystą. Przewrotnie twierdzi, że jest robotnikiem, bo jego zdaniem na rzeźbę składa się zaledwie dwadzieścia procent kreatywności i osiemdziesiąt procent rzemiosła. Od dziecka lubił rysować, pamięta też, jak podczas niepozornych zabaw z gliny lepił pierwsze figurki. Dziś Henryk Piechaczek, 82-letni wodzisławianin, podjął się nie lada wyzwania – renowacji Pomnika Powstańców Śląskich, jaki znajduje się w Wodzisławiu Śląskim.
– Cieszę się, że jeszcze potrafię, że jestem czynny zawodowo. Myślę, że dzięki tej pracy, pozostawię po sobie dodatkowo jakiś ślad. Kto wie, czy za rok dopisałyby mi siły, czy byłbym w stanie wejść na rusztowanie. Już nie raz zleciałem… Trzeba uważać, bo to jednak kilka metrów wysokości, a wiek robi swoje – dodaje z uśmiechem Henryk Piechaczek. Pomnik, to jak mówi rzeźbiarz, pomysł jego kolegi – Jerzego Kwiatkowskiego. Realizacji projektu podjął się on sam. – Czy było ciężko? Nie. Po prostu, robi się konstrukcję z drewna i nakłada glinę. Na ten projekt wykorzystano trzy ciężarowe samochody gliny i na formę może z dwie, trzy tony gipsu – wspomina. I dodaje, pierwsza myśl konstrukcyjna była taka, by pomnik wykonać z białego cementu i grysu, ale ówczesne władze zdecydowały, że to zbyt drogie rozwiązanie.
Pod Pomnikiem Powstańców Śląskich wodzisławianie gromadzą się przy okazji istotnych uroczystości już od 45 lat. Jak doszło do jego budowy? Inicjatywa ta wyszła od miejscowego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, któremu przewodniczył Franciszek Patas. Postanowiono czyn powstańców śląskich upamiętnić stosownym monumentem. Ów pomysł zyskał poparcie powiatowych władz partyjnych. Ustanowiono Społeczny Komitet Budowy Pomnika Bohaterów Powstań Śląskich w Wodzisławiu Śląskim, którego przewodniczącym został Rudolf Myszka. Jak wspomina Piotr Hojka na łamach „Herolda Wodzisławskiego” wśród mieszkańców i zakładów pracy rozprowadzano cegiełki aby „ufundowany przy Waszym udziale pomnik czynu powstańczego w Wodzisławiu Śląskim upamiętnił po wsze czasy bohaterskie zrywy mieszkańców ziemi wodzisławskiej o przyłączenie Śląska do Polski”. Ostateczny projekt wybrano w drodze konkursu. – Zgłoszono dwa projekty. Ten, którego renowacją się zajmuję, jest autorstwa mojego kolegi Jerzego Kwiatkowskiego – zaznacza Henryk Piechaczek. – Do konkursu kolega zaplanował postaci powstańców, a ja formę, która symbolizować miała trzy zrywy powstańcze – trzy pioruny. Wybrano formę realistyczną, a ja zająłem się jej wykonaniem. Dzieło tworzyłem we własnej pracowni, która mieściła się na Jedłowniku – opowiada rzeźbiarz.
Wspólna inicjatywa
By pozyskać dodatkowe fundusze na budowę pomnika i urządzenie placu wokół niego, do wojewody katowickiego gen. Jerzego Ziętka udała się delegacja wodzisławian. Tworzyli ją: Franciszek Patas, Edmund Kurpisz i Henryk Piechaczek oraz projektant Jerzy Kwiatkowski. – Oj, stresowałem się tą wizytą bardzo. Cóż, na co dzień człowiek nie przebywał w towarzystwie generała! Ktoś mi doradził, bym dla rozluźnienia wyobraził sobie, że generał przyjmuje nas w kalesonach… Może to i niepoważne, ale pomogło! – żartobliwie dopowiada wodzisławianin.
Finalnie gen. Ziętek zaakceptował projekt, przekazał pokaźną dotację, przez co miasto i społeczeństwo nie musiało już dokładać się do budowy. Inwestycja pochłonęła 200 000 złotych, za drugie tyle zakupiono materiały oraz sfinansowano inne prace. Wpierw powstał zaledwie kilkudziesięciometrowy model pomnika – wykonał go Jerzy Kwiatkowski. Z niego zaś, w skali 1:1, Henryk Piechaczek odwzorowano pomnik o ostatecznych gabarytach. Przy monumencie pracowała też architekt Teresa Michałowska. Materiał na jego budowę pozyskano z cegielni na Maruszach. Przy pracach zastosowano natrysk z drutu miedzianego, pod dużą temperaturą. Technologia ta jednak się nie sprawdziła. Po kilkunastu latach należało pomnik poprawiać. Z inicjatywą naprawy pomnika wystąpił Edward Szczygieł. – Metal skuto i zastosowano żywicę z mieszkanką proszku miedzianego. To też wymagało szybkiej poprawy i ostatecznie skuto żywicę i nałożono dwie warstwy włókna szklanego. I tak pomnik przetrwał do dzisiejszych czasów, by ponownie stać się obiektem renowacji – dodaje Henryk Piechaczek.
Podając za Piotrem Hojką, kamieniarz Węgrzyk naprawił cokół, wykonał schody oraz trzy betonowe słupki na których widnieją daty 1919, 1920, 1921. Same daty są wykute i wypełnione ołowiem – symbolizują one trzy powstania śląskie. Ponadto wykonano tablice z nazwami miejscowości ziemi wodzisławskiej, gdzie w czasie powstań śląskich toczyły się boje: Pszów-Radlin; Wodzisław-Jastrzębie; Godów-Gołkowice; Olza-Odra. Otoczenie i plac im. Wojciecha Korfantego zaprojektował profesor Mieczysław Król, dyrektor gliwickiego Instytutu Architektury i Urbanistyki Politechniki. Uroczystego otwarcia dokonano 9 maja 1975 roku.
Pasja na całe życie
Na czym obecnie polega renowacja monumentu? Jak przekazuje Henryk Piechaczek prace polegają na usunięciu elementów, które odpadają, oczyszczeniu pomnika, nałożeniu trzech warstw odpowiedniej żywicy, przy czym jedną warstwę łączy się z siatką z włókna szklanego, kolejną z proszkiem miedzianym, by całość wyglądała jak odlew z brązu. – Włókna szklanego wszędzie dać nie mogę, daję go tylko na proste płaszczyzny. Planuję zakończyć prace przed 10 września. Jestem tutaj codziennie, od ósmej rano. Czasem czuję zmęczenie, ale i satysfakcję z tego, że mogę się jeszcze do czegoś przydać – zaznacza rzeźbiarz.Skąd u wodzisławianina zainteresowanie sztuką? Jak opowiada, jego brat był rzeźbiarzem. Nie ukończył co prawda żadnych szkół w tym kierunku, ale miał talent i robił solidne projekty. Z kolei pan Henryk od dziecka lubił rysować, w formie zabawy, z gliny znalezionej na skarpie, lepił swoje pierwsze figurki. – To były trudne czasy. Wiadomo, jak to po wojnie, bieda była wielka, a rodzice ledwo wiązali koniec z końcem. Miałem to szczęście, że w szkole otrzymałem stypendium, choć żartuję sobie, że zadecydował o tym przypadek. Wychowawca internatu, w którym mieszkałem, był pedantem i zwracał uwagę na to, kto o porządek dba. Ja dbałem i śmieję się, że przede wszystkim to we mnie docenił, choć oczywiście wyniki w nauce też miałem dobre – wspomina. – Nie inaczej było na studiach. Za wyróżnienia mogłem skorzystać ze stypendium artystycznego, ale zrezygnowałem z niego na rzecz głuchoniemego kolegi. Po prostu, ja mogłem sobie dorobić, on takich okazji nie miał. Uważałem, że postępuję uczciwie. Poza tym, od dziecka byłem bardzo samodzielny. Byłem też uparciuchem. Spełniałem się w pracy, wynagrodzenie za wykonane zadania brałem skromne, ale to mi wystarczyło. Wybudowałem dom, pojeździłem po Europie i to nie tylko w celach zarobkowych – opowiada.
Historia sztuki od zawsze leżała w centrum jego zainteresowań. Więc, gdy tylko nadarzyły się okazje, by to, co dotychczas widziało się w książkach, móc zobaczyć na własne oczy, pan Henryk chętnie z niech korzystał. Katedry, światowej sławy muzea stały się celem jego zagranicznych podróży. Ponadto wiele projektów zawodowo wykonał w Niemczech. – Wyrzeźbionego w piaskowcu pasterza wraz z psem przyszedł zobaczyć burmistrz jednego miasteczka. Pamiętam też, że ojciec jednych klientów nalegał, by przyjść do nich, gdy ja pracuję. Bardzo chciał zobaczyć rzeźbiarza. I cóż, rozczarowałem go! Wyobrażał sobie, że prawdziwy rzeźbiarz to jest postawny, wysoki i koniecznie mający brodę artysta. A zastał małego, niepozornego człowieka! Bardzo mnie to rozbawiło – opowiada jako ciekawostkę wodzisławianin. – Były też momenty, które mnie szczerze wzruszały. Na przykład mąż kobiety, która ciężko chorowała, zapytał, czy ona może zobaczyć, jak rzeźbi się w kamieniu. Zgodziłem się. Przyszła… Miałem wtedy łzy w oczach – dopowiada, zaznaczając, że dzięki swojej pasji poznał wielu wspaniałych ludzi. Doświadczył też wydarzeń dość niebezpiecznych. Praca na wysokościach, konstrukcjach, których stan nie zawsze był właściwy, rodziły przeróżne sytuacje. – Pamiętam taki remont na bloku, cztery piętra wysokim. Rusztowanie było zgniłe… Wystarczył moment, bym z dwoma wiadrami, z materiałem i narzędziami tak, jak siedziałem, w mig znalazł się na piętrze niżej. Nawet nie zdążyłem nóg wyprostować! Wiadra spadły, ja na szczęście nie. Przyjaciele pytali: co się stało? Odpowiedziałem: nie wiem, siedzę piętro niżej! – przytacza z humorem.
Z satysfakcją Henryk Piechaczek wspomina udział w paryskiej międzynarodowej wystawie, gdzie – nie bagatela – swoimi artystami chwaliły się aż 42 państwa. – Byłem delegowany na to wydarzenie wraz z sześcioma innymi twórcami z Polski. Znalazłem się tam być może przez przypadek – dodaje, z właściwą sobie skromnością. – Prezentowałem tam nowoczesną formę, rzeźbę – tors kobiety, bez głowy, bez rąk. Powiedziałem sobie: to, co pyskuje i gestykuluje zostanie usunięte! – żartobliwie opowiada. Twórcze środowisko zachęcało wodzisławskiego artystę, by poszedł w kierunku sztuki nowoczesnej, ale nie posłuchał tych porad i wybrał kierunek bardziej praktyczny – zarobkowy. Nagrody pojawiały się na jego koncie, zdobywał je w konkursach krajowych, wojewódzkich, ale z racji swego życiowego wyboru, nie często brał w nich udział. Niemniej praca twórcza, to pasja, która towarzyszy mu przez całe życie. – Na własnym przykładzie przekonałem się jednak, że sztuka to jest wielka rzecz, ale żyć ze sztuki – jeszcze większa. Dawniej na brak zleceń nie narzekałem, ale to się zmieniło. Zlikwidowałem swoją pracownię – dodaje.
Siła przywiązania
Wydarzenia, które pomnik upamiętnia, mają dla Henryka Piechaczka znaczenie. – Pamiętam, że jako dziecko często wpatrywałem się w zdjęcie, na którym, wśród powstańców śląskich, był też mój ojciec… On też walczył, był patriotą i uczciwym człowiekiem. Nauczył mnie tej miłości, do tego miejsca, w którym sam się urodziłem – zaznacza. – Jestem z tym miastem związany i za każdym razem po powrocie z „zarobkowej tułaczki”- nawet w stanie wojennym – cieszyłem się, że jestem w domu! Zawsze chciałem tu żyć! Początkowo były problemy z wyjazdami, ale wolny zawód, jaki uprawiałem, trochę mi je ułatwiał. Choć i tak pojawiały się plotki, wątpliwości: dlaczego ja mogę wyjechać, a inni nie! Takie trudne czasy. Dużo by opowiadać, w każdym razie przyglądano się mojemu życiu wnikliwie. Teścia, który mieszkał Niemczech, poznałem dopiero po 16 latach małżeństwa! – opowiada. Wodzisławianinowi imponują zwłaszcza dzieła architektów Le Corbusiera czy Alberta Freya. Docenia też zmiany, jakie zachodzą w rodzimej przestrzeni architektonicznej. Są materiały, możliwości i postęp. – Jak wyjeżdżałem na Zachód, to wydawało mi się, że Polska go nie dogoni, ale myliłem się! Dbamy o przestrzeń… i ja też do końca swoich dni, chciałbym móc jeszcze ją kształtować, być aktywnym… Taka moja natura, choć po całym dniu pracy nogi odmawiają posłuszeństwa, głowa leci w dół, a na telewizor patrzę przez zmęczone, ciężkie powieki – puentuje Henryk Piechaczek.
W naszym mieście dzieła Henryka Piechaczka znajdziemy przy ul. 26 Marca, to „Biała dama”, a także za Pałacem Dietrichsteinów – fontanna oraz w niszy kamienicy na Rynku, gdzie ulokowana została figura Kopernika.
Rozmawiała: Magdalena Szymańska








![Najlepsi z najlepszych nagrodzeni. Gala Powiatu Wodzisławskiego 2026 za nami [FOTO] Najlepsi z najlepszych nagrodzeni. Gala Powiatu Wodzisławskiego 2026 za nami [FOTO] - Serwis informacyjny z Raciborza - naszraciborz.pl](photos/_thumbs/mini_17774580621777457613gala-nagrod-powiatu-wodzislawskiego-w-dziediznie-kultiry-i-sportu-28-04-2026150-.jpg)



![Uczniowie z Wodzisławia na międzynarodowej scenie. SP nr 16 znów w Turcji [FOTO] Uczniowie z Wodzisławia na międzynarodowej scenie. SP nr 16 znów w Turcji [FOTO] - Serwis informacyjny z Raciborza - naszraciborz.pl](photos/_thumbs/mini_1777367501fotob-2202-.jpg)









![Spełnione marzenie 10-latki. Zespół Łzy zaprosił Weronikę na wyjątkową lekcję [FOTO] Spełnione marzenie 10-latki. Zespół Łzy zaprosił Weronikę na wyjątkową lekcję [FOTO] - Serwis informacyjny z Raciborza - naszraciborz.pl](photos/_thumbs/mini_1777454728683416829-1893396851399710-1338811171849305726-n-.jpg)















Komentarze (0)
Dodaj komentarz